Kolarz na rowerze gravelowym na piaszczystej drodze wśród pól i sosen
Trasy i singletracki

Mazowiecki Gravel – relacja z eventu w roli MTB

Data26.06.2026 DziałTrasy i singletracki Czytanie5 min AutorKamil Sobieraj
W tym artykule (6)
  1. Czym jest Mazowiecki Gravel
  2. MTB w świecie graveli: jak to wyszło
  3. Klimat eventu
  4. Setup na 120 km: co realnie zabrałem
  5. Liczby z mojego przejazdu i co bym zmienił
  6. Dla kogo to jest, a dla kogo nie

Mazowiecki Gravel to przygodowy ultramaraton rowerowy z bazą w Warce nad Pilicą, rozgrywany w tym roku po raz szósty, w weekend 20-22 czerwca. Pojechałem tam jako jawny obcy: facet z Beskidów, na trailowym fullu, w świecie ludzi na gravelach z sakwami. Poniżej relacja na świeżo, bo od zjazdu z trasy minęło kilka dni, a piach mam chyba nadal w okolicach suportu.

Czym jest Mazowiecki Gravel

Formuła jest prosta: baza na kempingu nad Pilicą w Warce, kilka dystansów do wyboru i jazda w duchu samowystarczalności, gdzie liczy się ukończenie i przygoda, a nie miejsce na mecie. Organizator rozpisał w tej edycji dystanse gravelowe od 80 do 500 km (w tym MG120, MG200 i MG500) oraz osobne trasy szosowe. Szczegóły i zapisy na kolejne edycje znajdziesz na mazowieckigravel.pl, ja nie będę powielał regulaminu, tylko opowiem, jak to wygląda z siodełka.

Wybrałem dystans 120 km, czyli wariant dla ludzi, którzy chcą poczuć event w jeden dzień. Profil zgodnie z zapowiedziami płaski jak deska kreślarska: przewyższenie całej trasy to według materiałów organizatora kilkaset metrów, czyli mniej, niż robię w Beskidach na jednej porządnej pętli przed pracą.

MTB w świecie graveli: jak to wyszło

Na starcie polowałem wzrokiem na inne MTB i znalazłem kilka, ale dominacja graveli jest bezdyskusyjna. Mój Spectral dostał na tę okazję szybsze opony i zablokowany w praktyce damper, bo 140 mm skoku na mazowieckich szutrach to balast. Na papierze byłem na najgorszym możliwym sprzęcie. Bilans z trasy wygląda tak:

  • Asfalt i twardy szuter (większość trasy): gravele odjeżdżały mi spokojnie, systematycznie, bez dyskusji. Fizyki nie oszukasz, szeroka opona i pozycja turystyczna kosztują.
  • Piach (znak firmowy Mazowsza): role się odwracały. Tam, gdzie ludzie na 40-milimetrowych oponach wiosłowali albo prowadzili, ja przejeżdżałem. Opona 2.4 na niskim ciśnieniu po prostu płynie po sypkim.
  • Odcinki leśne z korzeniami: jedyne momenty, w których pełne zawieszenie dawało realny komfort. Było ich za mało, żeby uzasadnić wybór sprzętu.

Wniosek po przejechaniu całości: na dystansie 120 km MTB to wybór do obronienia, jeżeli nie masz gravela i nie chcesz go kupować na jeden event. Na 200 km i dłużej różnica w prędkości przekłada się na godziny i tam już bym się nie upierał.

Klimat eventu

To, co odróżnia Mazowiecki Gravel od wyścigów, to atmosfera kempingu: namioty, rowery oparte o płoty, rozmowy o sprzęcie do późna. Nikt nie pyta o czas, wszyscy pytają o trasę. Nawigacja po śladzie GPX, punkty z wodą rozsądnie rozstawione, reszta na własnej logistyce, czyli sklepy spożywcze po drodze. Dla kogoś, kto trenuje samowystarczalność przed dłuższymi wyprawami, to bezpieczne środowisko testowe. Jeżeli ten format cię kręci, zacznij od mojego przewodnika po bikepackingu dla MTB-owca, bo zestaw umiejętności jest niemal identyczny.

Setup na 120 km: co realnie zabrałem

Lista dla konkretu, bo przed startem sam szukałem takich spisów. Na rowerze: torba na ramę z narzędziami (multitool, łatki, dętka, pompka, ogniwo spinki), dwa bidony po 750 ml, licznik z wgranym śladem i power bank w kieszeni. Na sobie: standardowy zestaw letni plus kamizelka przeciwwiatrowa na świt, bo start o wczesnej porze nad Pilicą bywa chłodny nawet w czerwcu. Jedzenie startowe: cztery żele, dwa batony, reszta uzupełniana w sklepach po drodze, których na dystansie 120 km nie brakuje, jak się je zawczasu zaznaczy na mapie. Czego nie zabrałem i nie żałowałem: zapasowych ubrań, drugiego kompletu klocków, lampy mocniejszej niż awaryjna mrugawka. Dystans jednodniowy toleruje minimalizm, dłuższe warianty już nie i tam lista wyglądałaby zupełnie inaczej.

Liczby z mojego przejazdu i co bym zmienił

Dla porządku, bo lubię dane: 120 km zamknąłem w niecałe siedem godzin z przerwami, ze średnią jazdy w okolicach 20 km/h, co na MTB z bagażem podręcznym uznaję za uczciwy wynik. Jedzenie: dwa większe postoje przy sklepach plus żele w międzyczasie, klasyka długiego dystansu. Co bym zmienił po fakcie? Trzy rzeczy. Zabrałbym jeszcze szybsze opony, bo te trailowe półslicki i tak nie miały na trasie nic do gryzienia poza piachem. Zostawiłbym w domu plecak na rzecz torby na ramę, osiem godzin z obciążonymi plecami to relikt myślenia górskiego. I zapisałbym się wcześniej, bo nocleg na kempingu w samej Warce wymaga refleksu, a spanie przy bazie to połowa klimatu tej imprezy. Sama jazda? Niczego bym nie ruszał, łącznie z piachem, który wkurzał i bawił dokładnie w proporcjach obiecanych przez organizatora.

Dla kogo to jest, a dla kogo nie

Jedź, jeżeli chcesz sprawdzić głowę i logistykę na dystansie, którego nie robisz na co dzień, w terenie, który wybacza błędy. Odpuść, jeżeli szukasz emocji zjazdowych: ich tu nie ma i nie udaje, że są. Mazowsze gra krajobrazem doliny Pilicy, piachem i ciszą, nie grawitacją. Ja po dwóch dniach wróciłem do Bielska z dziwnym spokojem w nogach i planem, żeby za rok spróbować dystansu 200 km, tym razem chyba jednak na pożyczonym gravelu.

Po więcej jazdy w klimacie długodystansowym po Polsce zajrzyj do mojego planu na Szlak Orlich Gniazd w wersji dwudniowej, a po klasyczną wielodniówkę z widokami na pętlę wokół Tatr. Każda z tych opcji to inna bajka, ale wspólny mianownik jest jeden: dystans uczy pokory skuteczniej niż przewyższenie.