W tym artykule (11)
- Czym właściwie jest Szlak wokół Tatr
- Uczciwie: czy to w ogóle trasa na MTB?
- Przebieg po polskiej stronie
- Przebieg po słowackiej stronie
- Jak podzielić pętlę na etapy
- Sprzęt: co bym zmienił w rowerze
- Nawierzchnia i profil: czego się spodziewać pod kołami
- Logistyka: dojazd, nocleg, jedzenie
- Pogoda i okna sezonowe
- Najczęstsze błędy
- Werdykt: dla kogo to jest, a dla kogo nie
Szlak wokół Tatr to transgraniczny projekt rowerowy, który docelowo ma zamknąć pętlę ponad 250 km wokół całego masywu, po polskiej i słowackiej stronie. Na dziś gotowe jest ponad 170 km, w większości asfaltowych ścieżek rowerowych. Piszę ten przewodnik z perspektywy faceta, który jeździ na fullu z oponami 2.4 i lubi kamienie, więc od razu uprzedzam: będzie uczciwie, a nie promocyjnie.
Czym właściwie jest Szlak wokół Tatr
To nie jest jeden szlak wytyczony farbą na drzewach, tylko budowana etapami infrastruktura: wydzielone ścieżki rowerowe, miejsca odpoczynku, parkingi i oznakowanie. Projekt powstaje od 2014 roku w kilku fazach finansowanych z funduszy transgranicznych. Pierwsze trzy etapy zrealizowano w latach 2014-2021, czwarty etap zaplanowano na lata 2024-2026, a piąty jest w planach na 2026-2027. Według oficjalnej strony szlakwokoltatr.eu z tras korzysta około 600 tysięcy ludzi rocznie, co mówi samo za siebie: to już nie jest niszowy projekt, tylko pełnoprawny produkt turystyczny.
Trasa spina cztery regiony: Podhale, Orawę, Liptów i Spisz. Po polskiej stronie przebiega m.in. przez Nowy Targ, Czarny Dunajec, Kościelisko i okolice Czorsztyna oraz Łapsz Niżnych. Po słowackiej stronie kluczem są Trstená, Liptowski Mikułasz, Kieżmark, Spišská Belá i Stará Ľubovňa. Brzmi jak plan na ładne dwa, trzy dni jazdy i dokładnie tym to jest.
Uczciwie: czy to w ogóle trasa na MTB?
Krótka odpowiedź: nie. Dłuższa odpowiedź: nie, ale to nie znaczy, że MTB-owiec nie ma tu czego szukać. Nawierzchnia to w przeważającej części równy asfalt, po którym moje Maxxisy 2.4 toczą się z gracją traktora na autostradzie. Jeżeli masz w garażu gravela albo szybki rower trekkingowy, to jest sprzęt skrojony pod tę trasę. Sztywny full z oponami enduro będzie tu po prostu wolny i głośny.
W teorii to dyskwalifikuje trasę z bloga o MTB. W praktyce widzę trzy scenariusze, w których ma ona sens dla kogoś takiego jak ja:
- Dzień regeneracyjny w trakcie tygodnia jeżdżenia po Tatrach Zachodnich czy Pieninach. Nogi kręcą, głowa odpoczywa, widoki robota.
- Wyjazd rodzinny, na którym przemycasz rower. Asfaltowa ścieżka bez aut to środowisko, w którym dziecko i niejeżdżący partner przeżyją, a ty chociaż pokręcisz.
- Łącznik logistyczny między rejonami, gdzie faktycznie jest co robić na MTB. Zamiast pakować rower do auta, przejeżdżasz odcinek szlaku i jesteś w nowej dolinie.
Sceptyk we mnie chce powiedzieć, że asfaltowa pętla wokół gór to marnowanie potencjału terenu. Ale dane mówią co innego: 600 tysięcy użytkowników rocznie oznacza, że ta trasa wciąga na rowery ludzi, którzy inaczej nie wsiedliby wcale. Część z nich za dwa sezony będzie szukać pierwszych szutrów. Znam to, bo sam tak zaczynałem, tylko dwadzieścia lat temu i bez ścieżki.
Przebieg po polskiej stronie
Polska część kręci się wokół Podhala i Spisza. Najbardziej znany i najlepiej rozjeżdżony odcinek prowadzi z Nowego Targu przez Czarny Dunajec w stronę granicy ze Słowacją, sporo z niego poprowadzono po dawnym nasypie kolejowym, więc profil jest łagodny jak na okolicę, w której wszystko inne stoi pionowo. Druga ciekawa nitka to rejon Kościeliska i Zakopanego oraz wschodnie wyjście w stronę Czorsztyna i Łapsz Niżnych, gdzie krajobraz robi się spiski: mniej ludzi, więcej przestrzeni.
Z mojego doświadczenia (jechałem fragmenty orawskie w zeszłym sezonie, na e-MTB, bo akurat testowałem zasięg): nawierzchnia jest w stanie, o jakim większość polskich dróg rowerowych może pomarzyć. Zimą część odcinków działa jako trasy biegówkowe, więc wczesną wiosną bywa, że asfalt jest czysty, zanim w Beskidach zejdzie błoto. Pisząc to w kwietniu, traktuję ten szlak jako jedną z pierwszych sensownych opcji na otwarcie sezonu, kiedy w wyższych partiach gór leży jeszcze śnieg.
Przebieg po słowackiej stronie
Słowacka część jest dłuższa i mniej jednorodna. Docelowa pętla ma spinać Orawę przez Trstenę, potem Liptów z Liptowskim Mikułaszem, dalej Spisz z Kieżmarkiem i Spišską Belą, aż po Starą Ľubovňę na wschodzie. Część odcinków to gotowe ścieżki, część to na razie przebieg po drogach lokalnych i tu trzeba uważać przy planowaniu: oddane fragmenty są oznakowane, ale między nimi bywają dziury, które łatasz jazdą po szosie. Przed wyjazdem sprawdź aktualny stan realizacji na oficjalnej stronie projektu, bo etap czwarty (2024-2026) cały czas dokłada kilometry i mapa potrafi się zmienić z sezonu na sezon.
Widokowo strona słowacka wygrywa. Tatry Bielskie od północy znasz z każdej pocztówki, ale panorama Tatr od strony Liptowa, z drugiej strony masywu, to widok, który w Polsce nie istnieje. Dla mnie to główny argument, żeby pętlę robić w całości, a nie tylko polskie fragmenty.
Jak podzielić pętlę na etapy
Pełna pętla to docelowo ponad 250 km. Przy obecnym stanie infrastruktury realny plan wygląda u mnie tak:
- Dzień 1: Nowy Targ – Czarny Dunajec – Trstená i dalej w głąb Orawy. Łagodny profil, dużo gotowej ścieżki, dobre otwarcie.
- Dzień 2: Orawa – Liptów, w okolice Liptowskiego Mikułasza. Tu wypada najwięcej łatania drogami lokalnymi, planuj z mapą, nie z pamięci.
- Dzień 3: Liptów – Spisz przez Kieżmark i Spišską Belą, powrót na polską stronę w rejon Łapsz i Czorsztyna.
Dystanse dzienne wychodzą w okolicach 70-90 km, co na asfalcie i lekkim profilu jest do zrobienia bez heroizmu nawet z sakwami. Jak wolisz format jednodniowy, najsensowniejsze są wahadła: wyjeżdżasz ze stałej bazy, robisz odcinek w jedną stronę i wracasz tym samym śladem. Ścieżka jest na tyle przyjemna, że powrót tą samą drogą nie boli.
Wariant rodzinny jednodniowy rozpisuję osobno, bo pytacie o niego najczęściej: baza w Nowym Targu, odcinek nasypem w stronę Czarnego Dunajca i z powrotem, dystans regulowany apetytem dziecka, zero przewyższeń, lody na rynku jako nagroda końcowa. Logistycznie najprostszy dzień rowerowy, jaki da się zorganizować w polskich górach, i jednocześnie najlepsza reklama kolarstwa dla kogoś, kto ostatni raz jechał rowerem w podstawówce. Z takich dni robią się potem wspólne wakacje rowerowe, sprawdzone na własnej rodzinie.
Sprzęt: co bym zmienił w rowerze
Jeżeli jedziesz na MTB, bo nie masz innego roweru, dwie zmiany robią różnicę. Po pierwsze opony: zamiast agresywnego bieżnika załóż coś szybko toczącego, półslick albo lekki bieżnik XC, i podbij ciśnienie. Po drugie pozycja: jeżeli masz regulowany mostek albo zapas na sterach, podnieś przód, bo trzy dni w pozycji do zjazdów na asfalcie to przepis na zdrętwiałe nadgarstki. Cała reszta zostaje. Dropper się nie przyda, ale też nie przeszkadza.
Temat e-MTB: zasięg na asfalcie jest dużo lepszy niż w terenie, ale 80 km z przewyższeniami na trybie wyższym niż Eco to wciąż loteria. Po 2 sezonach na Cube Stereo Hybrid mogę powiedzieć, że na takiej trasie jadę Eco i traktuję silnik jako bufor na podjazdy, wtedy dzienne dystanse z tego planu są bezpieczne. Ładowarkę i tak bierz, nocujesz przecież pod dachem. I jedna uwaga do hamulców, o której mało kto myśli na płaskiej trasie: długie zjazdy tu nie występują, za to występuje jazda w grupie z pieszymi i rolkarzami, więc liczy się modulacja przy małych prędkościach, nie moc. Po zimie sprawdź, czy klocki nie zaszkliły się od stania, zanim wjedziesz między spacerowiczów.
Nawierzchnia i profil: czego się spodziewać pod kołami
Gotowe odcinki to asfalt klasy, której nie powstydziłaby się niejedna droga wojewódzka, tylko bez aut. Szerokość pozwala na wyprzedzanie i mijanie się bez nerwów, oznakowanie jest czytelne, a co kilka, kilkanaście kilometrów trafiasz na wiaty, stojaki i tablice z mapami. Fragmenty poprowadzone po dawnym nasypie kolejowym na Podhalu i Orawie mają profil niemal płaski: nasyp z definicji nie lubił stromizn i rowerzysta na tym korzysta do dziś. Poza nasypem trasa faluje, ale w kategoriach procentów, które na trekkingu czy gravelu przejeżdżasz na środkowych przełożeniach, bez dramatów.
Wysokościowo poruszasz się mniej więcej w przedziale 600-900 m n.p.m., co ma dwie konsekwencje. Pierwsza: widoki na Tatry towarzyszą ci przez większość dnia, bo jedziesz po otwartych płaskowyżach, a nie w dolinach. Druga: pogoda jest tu górska w pełnym znaczeniu, wiatr na odsłoniętych odcinkach Orawy potrafi zamienić płaski kilometraż w solidny opór treningowy, a popołudniowe burze latem przychodzą szybko. Kurtka w kieszeni to nie przezorność nadmiarowa, tylko standard wyposażenia, nawet jak rano niebo wygląda niewinnie.
Zimową ciekawostkę dopisuję dla porządku: część odcinków bywa zimą przygotowywana pod narciarstwo biegowe. Dla nas oznacza to tyle, że wczesną wiosną asfalt jest zwykle czysty i bez pozimowego gruzu, którym potrafią straszyć zwykłe szosy. Otwieram tam sezon, kiedy beskidzkie szlaki jeszcze puszczają wodę.
Logistyka: dojazd, nocleg, jedzenie
Najprostsza baza startowa po polskiej stronie to Nowy Targ: dojazd autem jest oczywisty, parkingów przy trasie nie brakuje, a miasto ma pełne zaplecze. Wariant kolejowy też istnieje, do Nowego Targu i Zakopanego dojedziesz pociągiem z rowerem, choć w sezonie miejsca rowerowe w składach na Podhale to loteria, w którą gram tylko poza weekendami. Po słowackiej stronie sensowne bazy to Trstená dla Orawy i Kieżmark dla Spisza.
Noclegowo region pracuje na turystyce od stu lat i to widać: od kwater prywatnych po hotele, po obu stronach granicy. Dwie uwagi z praktyki. Pierwsza: jadąc w wariancie wielodniowym rezerwuj noclegi wcześniej w lipcu i sierpniu, bo konkurujesz z całą resztą ruchu tatrzańskiego. Druga: pytaj o miejsce na rower, standardem jest garaż albo komórka, ale wolę to ustalić mailem, niż negocjować o 19:00 z recepcją. Jedzeniowo trasa rozpieszcza: knajpy regionalne są co kilkanaście kilometrów, a słowackie ceny przy obecnym kursie wciąż wychodzą rozsądnie. Gotówka w euro na drobne zakupy wiejskie, karta na resztę, ten układ u mnie działa bez zgrzytów.
Pogoda i okna sezonowe
Trasa działa od wiosny do późnej jesieni, ale każda pora gra inaczej. Kwiecień i maj to moje ulubione okno: asfalt suchy, Tatry jeszcze białe, ruch znikomy. W pełni lata dochodzi upał na otwartych odcinkach i tłok przy Zakopanem, za to dni są długie i można planować ambitniejsze dystanse. Wrzesień daje najstabilniejszą pogodę i najczystsze powietrze, październik bywa loterią, ale wygrane dni z kolorową Orawą pod białymi Tatrami rekompensują ryzyko. W praktyce planuję tak: pętla w całości na przełom maja i czerwca albo wrzesień, pojedyncze odcinki od kwietnia, kiedy tylko prognozy dają dwa suche dni pod rząd.
Najczęstsze błędy
- Zakładanie, że pętla jest skończona. Nie jest. Gotowe jest ponad 170 z docelowych 250 km. Między odcinkami jeździsz po drogach publicznych, czasem ruchliwych.
- Jazda w szczycie sezonu w rejonie Zakopanego. Lipcowy weekend na odcinkach blisko miasta to slalom między spacerowiczami, hulajnogami i wózkami. Maj, czerwiec albo wrzesień są o klasę spokojniejsze.
- Brak dokumentu i gotówki w euro. Granicę przekraczasz płynnie, czasem kilka razy dziennie, ale sklep w słowackiej wsi niekoniecznie przyjmie kartę bez minimum.
- Opony enduro na 250 km asfaltu. Przeżyjesz, ale po co. To jak uruchamianie środowiska produkcyjnego, żeby przetestować literówkę: zadziała, tylko koszt bez sensu.
Werdykt: dla kogo to jest, a dla kogo nie
Szlak wokół Tatr to świetna trasa rowerowa i przeciętna trasa MTB, bo MTB w niej prawie nie ma. Jeżeli szukasz singletracków, jedź na Rychlebskie Ścieżki albo w rejon Singletracka Glacensis, tam infrastruktura jest budowana pod nasz sport. Jeżeli natomiast planujesz wielodniową przygodę z widokiem na Tatry z każdej strony, rodzinne kręcenie bez aut albo otwarcie sezonu, zanim góry wyschną, ta pętla broni się mocno. W kategorii tras wielodniowych po Polsce stawiam ją obok Szlaku Orlich Gniazd, z tym że Orle Gniazda to teren i przygoda, a pętla wokół Tatr to asfalt i krajobraz. Wybór zależy od tego, czego w danym tygodniu potrzebujesz więcej.


