W tym artykule (7)
Pojezierze Palowickie to kompleks lasów i stawów między Żorami a Orzeszem, schowany w cieniu autostrady A1 i kompletnie nieobecny w głowach ludzi, którzy na rower jeżdżą wyłącznie w góry. Pojechałem tam trochę z ciekawości, trochę dla odmiany od beskidzkich przewyższeń. Wrażenia poniżej, z góry zaznaczam: to relacja z płaskiej, leśnej jazdy, nie przewodnik po singletrackach, bo budowanych singletracków tam nie ma.
Co to właściwie jest
Nazwa brzmi jak żart kartografa, ale jest oficjalna: Pojezierze Palowickie to grupa stawów hodowlanych zakładanych jeszcze w czasach, gdy okolicą zarządzali cystersi z Rud. Teren leży w granicach Parku Krajobrazowego Cysterskie Kompozycje Krajobrazowe Rud Wielkich. Największe stawy to Garbocz, Łanuch i Jesionka, do tego ciąg mniejszych zbiorników nazywanych Stawami Łańcuchowymi. Między nimi las, głównie sosna, i sieć dróg leśnych zamkniętych dla aut.
Najbardziej rozpoznawalny punkt to wieża Gichta nad stawem Łanuch, pozostałość po dziewiętnastowiecznej hucie Waleska. Wygląda jak mała ceglana baszta postawiona przypadkiem w środku lasu i jest obowiązkowym punktem każdej pętli, choćby dlatego, że to jedyne miejsce, w którym wszyscy robią zdjęcia. Industrialna historia tego lasu to zresztą dobry kontekst: jeździsz po terenie, który dwieście lat temu był zagłębiem hutniczym, a dziś jest najcichszym kawałkiem zieleni w okolicy.
Szlaki i pętle
Przez teren przechodzi kilka znakowanych tras. Z perspektywy rowerzysty najważniejsze są dwie: czerwony szlak rowerowy nr 305 z Żor do Palowic oraz niebieski Szlak Początków Hutnictwa, prowadzący z Rybnika w stronę Żor. Do tego dochodzi ścieżka edukacyjna ze Szczejkowic do ruin huty Waleska. Serwis slaskie.travel opisuje pętlę przez całe pojezierze z startem w Żorach o długości około 33 km i to jest dobry szkielet na pierwszą wizytę: większość przebiegu to drogi leśne i asfalty o znikomym ruchu.
U mnie z objazdem stawów i błądzeniem wyszło trochę więcej, bo siatka dróg leśnych kusi, żeby skręcać. I to jest właściwy sposób na to miejsce: traktujesz znakowaną pętlę jako kręgosłup, a resztę dnia spędzasz na dokładaniu odnóg. Zabłądzić się nie da, teren jest płaski, a las pocięty równymi liniami oddziałów, najwyżej nadłożysz parę kilometrów, co tutaj nikogo nie boli.
Jak się tu jeździ na MTB
Szybko. Przewyższeń praktycznie nie ma, nawierzchnia to mieszanka twardego szutru, leśnego duktu i odcinków piachu, który po suchym tygodniu robi się sypki i uczy techniki lepiej niż niejeden trening. Pełne zawieszenie to tutaj przesada, idealny byłby hardtail albo gravel z szerszą oponą. Ja jechałem na swoim hardtailu i pierwszy raz od dawna nie miałem poczucia, że wożę zawieszenie na darmo.
Przyroda robi tu większą robotę niż sama jazda. Stawy przyciągają ptactwo w ilościach, których się po Śląsku nikt nie spodziewa: według danych regionalnych naliczono tu ponad 160 gatunków. Nie jestem ornitologiem, ale nawet ja zwolniłem przy Garboczu, a to o czymś świadczy. Wiosną i jesienią bywa, że nad stawami stoi mgła i całość wygląda bardziej jak Mazury niż okolice Rybnika. Czerwiec, w którym to piszę, dokłada własny bonus: groble toną w zieleni, a nad Jesionką o poranku ruch ptactwa jest większy niż ruch rowerzystów przez cały dzień. Lornetka w torbie na ramę przestaje być dziwactwem po pierwszej wizycie.
Dla kogo to jest
- Na dzień regeneracyjny między mocnymi weekendami w Beskidach. Dwie, trzy godziny równego kręcenia bez interwałów, których nie planowałeś.
- Na jazdę z kimś, kto dopiero zaczyna. Brak przewyższeń i aut zdejmuje dwie główne bariery. To samo polecam zresztą przy trasie wokół Tatr, tylko tam jedziesz po asfalcie, a tu po lesie.
- Na zimę i przedwiośnie. Kiedy w górach śnieg albo błoto po kolana, tutaj sezon trwa praktycznie cały rok.
Dojazd i start: jak to rozegrać
Z Bielska-Białej jedzie się tu nieco ponad pół godziny, z Katowic podobnie, więc to klasyczny wypad na pół dnia. Auto najprościej zostawić w Żorach albo w Palowicach i tam zaczynać pętlę; pod samym lasem miejsc parkingowych jest mało i wolę dwa kilometry dojazdówki niż kombinowanie na leśnych zjazdach. Wariant bez auta też istnieje: teren leży w zasięgu dojazdu na kole z całej zachodniej części aglomeracji, a płaski profil sprawia, że dojazdówka nie zjada sił na właściwą jazdę. Mapy: znakowane szlaki znajdziesz w popularnych aplikacjach, ale i tak polecam ściągnąć ślad wcześniej, bo zasięg w głębi kompleksu bywa dziurawy.
Mini poradnik: jazda po piachu
Skoro Pojezierze uczy piachu, to krótka ściąga, którą sam tam przerabiałem. Po pierwsze ciśnienie: zejdź niżej, niż jeździsz w górach, szeroka opona na miękko płynie zamiast się zakopywać. Po drugie przełożenie: wchodzisz w sypki odcinek na lżejszym biegu i wyższej kadencji, niż podpowiada intuicja, bo dobicie do oporu piachu na ciężkim przełożeniu kończy się nogą na ziemi. Po trzecie wzrok i luz: patrzysz na koniec sekcji, przedni hamulec zostawiasz w spokoju, a kierownicę trzymasz na tyle lekko, żeby koło samo szukało toru. Brzmi jak porady z internetu, ale różnica między walczeniem z piachem a płynięciem po nim to dokładnie te trzy rzeczy plus dwadzieścia minut praktyki. Lepszego i bezpieczniejszego poligonu niż okolice Garbocza długo szukać.
Kiedy to NIE ma sensu
Jeżeli mierzysz jakość wyjazdu metrami przewyższenia i sekundami na zjeździe, odpuść, bo wrócisz rozczarowany. To nie jest też miejsce na trening techniki zjazdowej: po taką jazdę kieruję cię na Jurę, gdzie płasko już nie jest, a wapień dokłada własne atrakcje. Po długich deszczach odcinki przy stawach potrafią stać w wodzie, wtedy lepiej przeczekać kilka dni i wrócić, jak groble obeschną.
Kawa i jedzenie: w samym lesie nie ma nic i to część uroku, więc zabierz bidon i coś w kieszeń. Zaplecze znajdziesz w Żorach i Palowicach, ale konkretne lokale zostawiam ci do odkrycia, bo rotacja gastronomii jest tam szybsza niż moje aktualizacje wpisów.


