W tym artykule (6)
Fraza „najdroższy rower na świecie” żyje w internecie własnym życiem i co roku wraca w klikalnych zestawieniach, z których połowa przepisuje błędy z drugiej połowy. Sprawdziłem dwa najczęściej powtarzane rekordy u źródeł, bo lubię wiedzieć, co jest faktem, a co legendą. A potem policzyłem rzecz ciekawszą: co realnie kupujesz, kiedy wydajesz na rower powyżej 50 tysięcy złotych.
Milion dolarów: 24K Gold Extreme Mountain Bike
Fakty, które da się potwierdzić: pod koniec 2013 roku firma House of Solid Gold, prowadzona przez Hugh Powera, pokazała fat bike’a pokrytego 24-karatowym złotem i wyceniła go na milion dolarów. Złotem pokryto praktycznie wszystko: koła, korbę, pedały, nawet tarcze hamulcowe. Logo wysadzono 600 czarnymi diamentami i 500 złotymi szafirami, siodło obszyto skórą aligatora. Budowa zajęła około 750 roboczogodzin, planowano limitowaną serię kilkunastu sztuk, a twórca deklarował, że ponad 80 procent przychodu ze sprzedaży trafi na cele charytatywne. Rower wracał potem na sprzedaż co kilka lat, wciąż za ten sam milion. Z publicznie dostępnych źródeł nie wynika przy tym, żeby ktokolwiek tę kwotę faktycznie zapłacił.
Tyle fakty. Teraz komentarz człowieka, który jeździ: to nie jest rower, to biżuteria w kształcie roweru. Złote tarcze hamulcowe to oksymoron – złoto jest miękkie, a tarcza ma trzeć. Nikt nigdy nie zjedzie tym z Kasiny i nie o to chodzi. Wpisuję go do tej samej kategorii co pozłacane konsole do gier: rekord istnieje, rower w sensie użytkowym nie.
Pół miliona dolarów: Trek Butterfly Madone
Ten przypadek jest ciekawszy, bo rower był prawdziwy. Trek Madone ozdobiony przez Damiena Hirsta prawdziwymi skrzydłami motyli, wklejonymi w ramę i obręcze. Lance Armstrong przejechał na nim ostatni etap Tour de France 2009 na Polach Elizejskich, a 1 listopada 2009 roku rower poszedł pod młotek w domu aukcyjnym Sotheby’s w Nowym Jorku, na aukcji „It’s About the Bike” wspierającej fundację Livestrong. Cena: 500 tysięcy dolarów. Cała aukcja zebrała 1,3 miliona, a Butterfly Madone do dziś figuruje w Księdze rekordów Guinnessa jako najdroższy rower sprzedany na aukcji. Bonus, którego clickbaity zwykle nie dopowiadają: organizacje broniące praw zwierząt protestowały przeciwko użyciu prawdziwych motyli i trudno im się dziwić.
Różnica między tymi dwoma rekordami jest zasadnicza. Butterfly Madone to dzieło sztuki na bazie działającego roweru wyścigowego, sprzedane na cel charytatywny. Złoty fat bike to wycena życzeniowa. Jeśli ktoś pyta o najdroższy rower faktycznie sprzedany, odpowiedź brzmi: Trek za pół miliona dolarów, nie złoty rower za milion.
Reszta clickbaitowych list
W zestawieniach najdroższych rowerów świata krąży jeszcze kilkanaście pozycji: pozłacane szosówki, ramy wysadzane kryształami, limitowane edycje z podpisami gwiazd. Większość łączy jedno: cena jest deklaracją sprzedawcy, a nie kwotą, którą ktokolwiek zapłacił. Dlatego trzymam się rozróżnienia na ceny życzeniowe i ceny transakcyjne. Z tych drugich ciekawostka z tej samej aukcji Livestrong: oprócz Butterfly Madone sprzedano wtedy jeszcze sześć rowerów – pięć ozdobionych przez innych artystów (m.in. KAWS, Shepard Fairey, Yoshitomo Nara) i odzyskany po kradzieży egzemplarz czasowy Armstronga – łącznie za około 800 tysięcy dolarów. Sztuka na bazie roweru ma się dobrze. Rekordów cenowych seryjnych rowerów ze sklepu szukałbym natomiast na próżno: katalogowy sprzęt kończy się grubo poniżej tych kwot i nikt o zdrowych zmysłach nie płaci za niego po kolekcjonersku.
Co realnie kupujesz powyżej 50 tysięcy złotych
Zostawmy rekordy i zejdźmy do cen, które realnie widnieją w polskich sklepach. Topowe rowery szosowe i XC z najwyższej półki kosztują dziś 60-90 tysięcy złotych. Co jest w środku: rama karbonowa z najlżejszych włókien, elektroniczna grupa (SRAM XX SL, Shimano XTR/Dura-Ace Di2), karbonowe koła, karbonowa integracja wszystkiego ze wszystkim.
W moim świecie, czyli MTB, sufity wyglądają podobnie: topowe fulle enduro i e-MTB z najwyższych półek wyceniane są na 50-70 tysięcy złotych, a wersje „team” potrafią przebić i to. Różnica między taką maszyną a jej wariantem o dwie półki niżej to głównie elektroniczny napęd, lżejsze koła i amortyzatory z większą liczbą pokręteł, z których przeciętny użytkownik ustawia jedno i nigdy nie wraca do reszty.
I teraz najciekawsze, czyli prawo malejących zysków. Między 10 a 20 tysięcy kupujesz osiągi: lepsze zawieszenie, lżejsze koła, napęd, który działa precyzyjniej. Między 20 a 50 tysięcy kupujesz gramy: rama lżejsza o 300 gramów, koła o 200, każdy gram kosztuje kilkadziesiąt złotych. Powyżej 50 tysięcy kupujesz emocje i status, bo mierzalne różnice w jeździe są już w granicach błędu pomiaru. Topowy rower jest szybszy na papierze, ale różnicę między rowerem za 25 i za 75 tysięcy zauważy zawodnik Pucharu Świata, a nie ja czy ty.
Kiedy drogi rower ma sens, a kiedy to kolekcjonerstwo
Żeby było jasne: nie potępiam wydawania pieniędzy na rowery, byłoby to z mojej strony hipokryzją. Drogi sprzęt ma sens, kiedy kupujesz nim realną funkcję: zawieszenie, które pracuje przewidywalnie, hamulce, które zachowują punkt pracy na długim zjeździe, napęd, który nie wymaga regulacji co dwa tygodnie. Przestaje mieć sens, kiedy kupujesz cyferki w tabeli i logo. Granica przebiega gdzieś między „jeżdżę na tym 5000 km rocznie” a „stoi w salonie i wożę go windą na ścianę”. Kolekcjonerstwo samo w sobie też nie jest niczym złym, tylko nazywajmy rzeczy po imieniu: to inwestowanie w przedmioty, nie kupowanie sprzętu sportowego, i rządzi się prawami rynku sztuki, nie rynku rowerowego.
Wniosek z mojej strony
Za 10-20 tysięcy złotych masz dziś 95 procent tego, co sprzęt w ogóle może dać. Rozsądne progi rozpisałem w przewodnikach po MTB do 6000 zł i MTB do 10000 zł. Reszta to silnik, czyli nogi, i umiejętności, czyli godziny w terenie. Tę zasadę widzę co sezon na trasach: najszybsi ludzie, jakich znam, jeżdżą na sprzęcie sprzed trzech sezonów, który znają na pamięć, łącznie z każdym jego zgrzytem. Najdroższy rower świata stoi w gablocie. Najlepszy rower świata to ten, który w sobotę rano jest sprawny i wyjeżdża z tobą w góry.


